30 dni na diecie Slow Carb – podsumowanie


Zdjęcie: joeduty

To jest wpis z cyklu 30-dniowe wyzwania.

W ramach tego cyklu, na 30 dni wprowadzam do swojego życia jakąś zmianę i opisuję efekty tego eksperymentu. 30 dni to wystarczająco długo, żeby się przekonać czy coś przynosi oczekiwane skutki i jednocześnie na tyle krótko, żeby dało się wytrzymać.

Więcej informacji na ten temat przeczytasz na stronie 30-dniowe wyzwania.

Minęło 30 dni odkąd podjąłem wyzwanie i zdecydowałem się na odżywianie według zasad Slow-Carb Diet. Teraz czas na podsumowanie tego okresu i podzielenie się przemyśleniami.

Zacznę od przypomnienia oczekiwań jakie miałem i motywacji, która stała za podjęciem tego wyzwania:

  • chciałem się sprawdzić – nigdy wcześniej nie byłem na diecie (przynajmniej na tego typu diecie przez tak długi czas) i chciałem wiedzieć, czy mi się uda.
  • chciałem sprawdzić wpływ diety na moje samopoczucie i poziom energii w ciągu dnia.
  • chciałem sprawdzić czy uda mi się uzyskać płaski brzuch bez katowania się na siłowni (zaznaczam, że nie mam nadwagi).

Rezultaty po 30 dniach na diecie Slow-Carb

Bez zbędnej skromności powiem, że jestem z siebie bardzo zadowolony. Z wyjątkiem 2 sytuacji, kiedy to zjadłem czekoladowy batonik (szczegóły poniżej), udało mi się wytrwać na diecie Slow-Carb 30 dni!

Jeżeli chodzi o samopoczucie, to zauważyłem, że nie mam już tak gwałtownych wzrostów i spadków energii. To było do przewidzenia, bo nie wrzucałem w siebie wysokoenergetycznych (czyt. o dużej zawartości cukrów) posiłków. Mam wrażenie, że zwiększył się mi się średni poziom energii w ciągu dnia. Czuję się lżejszy.

No właśnie, dochodzimy do tematu wagi. Tak jak napisałem wcześniej, nie spodziewałem się, że schudnę. Dietę rozpoczynałem z wagą 68,8kg (przy 180cm wzrostu) po pierwszym tygodniu straciłem kilogram, poźniej waga spadła do 66,5kg i została na tym poziomie (+/- 0,2kg).

Straciłem też po 2-3cm w pasie i w biodrach (dokładnych wymiarów nie będę podawał, bo nie ma się czym chwalić). Noszenie spodni bez paska nie wchodzi już w grę. Ważna uwaga: wygląda na to, że nie straciłem masy mięśniowej, bo pozostałe wymiary (ramiona, uda) pozostały bez zmian.

Spostrzeżenia, wnioski i uwagi po Slow-Carb Diet

Każdy jest dietetykiem

No może trochę przesadziłem z tym „każdy”, ale zdecydowana większość osób, którym powiedziałem o diecie miała już na jej temat wyrobione zdanie. Usłyszałem mnóstwo krytyki, obaw, niedowierzania i gratulacji z politowaniem w głosie. Z resztą wystarczy przeczytać kilka komentarzy pod ostatnim tekstem na temat Slow-Carb Diet.

Rodzina nie pomaga

W pierwszym tygodniu funkcjonowania na diecie Slow-Carb moja żona przygotowała D-W-A ciasta! Oficjalna wersja brzmiała, że to na przyjazd moich rodziców.

Dopóki jadłem w domu, to nie było większych problemów, ale jak pojechałem w odwiedziny do rodziny, to musiałem się nakombinować, żeby im wytłumaczyć, że nie jem chleba, żółtego sera, makaronu itd.

Woda, woda i jeszcze raz woda!

Przed dietą Slow-Carb wodę piłem raczej jako składnik różnego rodzaju napojów. Po 30 dniach picia wody mineralnej w dużych ilościach (ok 2-3 litry dziennie) zauważyłem diametralną różnicę.

0,5 litra wody wypite zaraz po obudzeniu sprawia, że mój organizm jakby szybciej się rozkręca. W ciągu dnia piję niemal nieświadomie – w pewnym momencie 1,5-litrowa butelka stojąca na biurku robi się pusta.

Najlepsze jest to, że zupełnie mnie nie ciągnie do soków ani gazowanych napojów.

Jestem „prostym” kucharzem

Gotowanie zawsze wydawało mi się skomplikowane. Nie mówiąc już o doprawianiu. Przez ostatni miesiąc przekonałem się, że to nie musi być prawda.

Na początku jadłem to co było w puszkach. Potem zacząłem sam gotować – z ciekawości. Jako, że byłem jedyną osobą, która jadła dania mojego autorstwa (żona dołączyła do mnie dopiero w drugiej połowie miesiąca) – eksperymentowałem.

Próbowałem jak smakuje soczewica z przyprawą curry (ale nie taką jak można kupić z sklepie tylko z taką piekielnie ostrą, indyjską). Jadłem niesoloną rybę ugotowaną na parze, pierś z indyka usmażoną z dodatkiem jedynie sosu sojowego, itp.

Nauczyłem się, że jedzenie nie musi być skomplikowane – czasem wystarczy, żeby było kolorowo na talerzu, a będzie i smacznie.

Trzeba jeść dużo

Jedzenie zgodnie z dietą Slow-Carb wymaga jedzenia dużo większych porcji. Ważne jest też jedzenie odpowiedniej ilości węglowodanów (tych „slow”) bo w przeciwnym wypadku można przeżyć niesamowity spadek energii i ból głowy. Przytrafiło mi się to dwa razy i ze względu na okoliczności (byłem poza domem) poratowałem się batonikiem. Nie wiem co było gorsze, głód czy poczucie winy po zjedzeniu batonika.

Brak przekąsek

Nie wiem czy udałoby mi się wytrwać, gdybym większość czasu miał spędzić w podróży i co za tym idzie, jeść poza domem. O ile w restauracjach można zamówić jakieś danie mieszczące się w ramach diety Slow-Carb, o tyle w barach szybkiej obsługi dostępna jest co najwyżej sałatka, a ta – wiadomo – na długo nie wystarczy.

Najgorzej było w sytuacji, gdy chciałem kupić coś gotowego do zjedzenia w sklepie spożywczym. Na półkach były same ciastka, drożdżówki itp. Jak trafiłem na paczkę orzechów lub migdałów to było dobrze – ale to przecież nie jest posiłek.

Cheat day bez przesady

Na pierwszą sobotę (bo właśnie wtedy wypadał mój cheat day) czekałem z niecierpliwością (zostały resztki ciasta, które zrobiła moja żona). Obudziłem się, jak zwykle, wcześnie rano i stwierdziłem, że śniadanie to podstawa, więc zacznę oszukiwanie zaraz po nim. Po śniadaniu już mi się nie chciało nic jeść. Zjadłem potem dwa czy 3 kawałki placków i stwierdziłem, że to dla mnie za słodkie. (?!?)

Złapałem się też na tym, że po wejściu do sklepu z zamiarem wykupienia wszystkich dostępnych słodyczy nie mogłem się zdecydować, co chcę zjeść. Z jednej strony miałem presję (bo tylko dzisiaj mogę), a z drugiej strony wcale nie miałem ochoty. Jak już po coś sięgnąłem, to po przeczytaniu listy składników odkładałem z niesmakiem.

W jedną sobotę obiecałem sobie, że nadrobię wszystkie zaległości – kupiłem słodycze, gazowane napoje… pod koniec dnia bardzo żałowałem tej decyzji.

Ten jeden dzień w tygodniu, kiedy można jeść co tylko się chce, bardzo pomaga wytrwać na diecie. Z czasem przestaje tracić na znaczeniu, bo organizm odzwyczaja się od słodyczy i tłustych potraw.

Czy zamierzam pozostać na diecie Slow-Carb?

Po dłuższych przemyśleniach (zastanawiałem się nad tym przez cały ostatni tydzień) zdecydowałem, że pozostanę przy tej diecie ale wprowadzę pewne modyfikacje. Może gdybym miał problem z nadwagą przestrzegałbym diety restrykcyjnie.

Składniki, które pod wpływem diety Slow-Carb postanowiłem na stałe usunąć ze swojego dotychczasowego jadłospisu:
- mleko, masło, sery itp (z wyjątkiem serka wiejskiego)
- pieczywo (ograniczę się do sporadycznego spożycia chleba pełnoziarnistego),
- makarony i inne mączne wyroby.
- ziemniaki
- cukier biały (odrobina ciemnego trzcinowebo muscavado do kawy pozostanie)
- wszelkiego rodzaju słodzone napoje (pozostaję przy wodzie mineralnej, herbacie i czarnej kawie)

Dużo więcej jest rzeczy, które postanowiłem zaimportować z diety Slow-Carb. Praktycznie wszystkie zasady chciałbym zachować. W szczególności spodobało mi sie:
- jedzenie wszelkiego rodzaju roślin strąkowych – najbardziej polubiłem soczewicę
- jedzenie słodyczy raz w tygodniu
- eksperymentowanie z przyprawami
- proste posiłki
- picie wody w dużych ilościach

Pod koniec mojego 30-dniowego wyzwania dowiedziałem się o istnieniu polskiego forum entuzjastów diety Slow-Carb. Możesz tam znaleźć przepisy, porady i doświadczenia innych osób oraz podzielić się własnymi. Polecam Ci również lekturę książki Tima Ferrissa „4-godzinne ciało”, w której opisana jest ta dieta.

Mam nadzieję, że moje podsumowanie w jakimś stopniu będzie dla Ciebie przydatne. Jeżeli masz uwagi lub pytania to pisz. Komentarze są do Twojej dyspozycji.

Od dzisiaj zacząłem nowe, 30-dniowe wyzwanie, gdzie piszę minimum 750 słów dziennie.

Może Cię również zainteresować:

Chcesz być na bieżąco? Zapisz się na darmowy newsletter i poznaj m.in. 8 sposobów na więcej czasu w ciągu dnia.

24 Komentarzy do “30 dni na diecie Slow Carb – podsumowanie”

  1. Aneta Babiuk-Massalska 1 września 2011 at 10:04 #

    Gratuluję!! :-)

  2. Marcin 1 września 2011 at 10:20 #

    Dzięki za link do forum! Co do slow-carbu i bycia w terenie – menu składające się ze 100 g migdałów + jakieś białko (np. serwatkowe, pite 3 razy dziennie po 30 gram) i do tego te sałatki itp. wystarczy Ci spokojnie na cały dzień i na pewno Cię to nie zabije. Wiem, bo sam tak jadłem przez parę dni na wyjeździe. Efekty jeżeli chodzi o spalanie były nawet lepsze niż normalnie.

    A przy Twojej wadze to powinieneś zrobić eksperyment z Occam’s Protocol i przejść na budowę masy hehe.

  3. Ania 1 września 2011 at 10:50 #

    Z zainteresowaniem przeczytałam Twoje podsumowanie diety Slow-Carb. Sama jestem na diecie LCHF (low carb high fat) i muszę przyznać, że zauważyłam dużo podobieństw jeśli chodzi o rezultaty diety. Przede wszystkim brak wzrostów i spadków energii, które to przecież wpływają na naszą produktywność. Poza tym spadek wagi bez utraty masy mięśniowej, a następnie ustabilizowanie się wagi na jednym poziomie. Podobnie jak Ciebie odrzuca mnie od słodyczy, są po prostu za słodkie i po jednym kęsie czuję się mdło.
    Również nie jadam cukrów prostych (w postaci czekolad, ciast etc.), ziemniaków, makaronów i pieczywa. Za to w przeciwieństwie do slow-carb jem dużo masła i serów, piję też mleko jako dodatek do kawy. Ogólnie staram się, aby moim źródłem energii były tłuszcze, a nie ‘wolne’ węglowodany. Smażę i grilluję mięso oraz warzywa.
    Jednak jedna z Twoich obserwacji dała mi dużo do myślenia i posłuży jako argument, że LCHF jest ‘lepsza’ od slow carb (jeśli w ogóle można wygłaszać takie poglądy – wszak nie jestem lekarzem). Wspomniałeś, że należy jeść owe ‘wolne’ węglowodany, aby uniknąć spadku energii, który to przytrafił się Tobie i skończył batonikiem. Otóż będąc na LCHF takie napady głodu się nie zdarzają. Jest to raczej sygnał ‘o, zjadłabym coś’, ale nic w rodzaju wilczego napadu głodu. Wynika to z tego, że tłuszcze dostarczają więcej energii niż węglowodany, a jedzenie ich nie podnosi poziomu insuliny we krwi, a potem jego gwałtownego spadku, który to powoduje napady głodu.
    Na zakończenie dodam, że dieta ta również została skrytykowana przez różnych ‘ekspertów’, a nawet uznana za groźną dla zdrowia. Ja jestem na tej diecie już 3 miesiące i nigdy nie czułam się lepiej, tak więc zamierzam pozostać na niej do końca życia. Gorąco polecam Ci wypróbowanie LCHF, może jako następne 30-dniowe wyzwanie :) Pozdrawiam!

    • Jakub Ujejski 1 września 2011 at 11:11 #

      Dzięki za komentarz.

      Głód i spadek energii wcale nie był taki gwałtowny. Po ponad pięciogodzinnej podróży pociągiem bez prowiantu można zgłodnieć i to bardzo. Niezależnie od tego co się jadło na śniadanie. :)

  4. Sebastian 1 września 2011 at 11:18 #

    A ja mam zaś takie pytanie, ile taka dieta miesięczna kosztuje?:)

    • Jakub Ujejski 1 września 2011 at 11:42 #

      Hmm… Nie kalkulowałem tego, ale z pewnością nie jest to droga dieta. Jeżeli w większości przypadków będziesz gotował w domu, to nie poczujesz różnicy.

      Najtańsze w tej diecie jest to, że nie trzeba się zastanawiać co zjeść :)

    • kazik.ucho 6 września 2011 at 10:12 #

      Dieta zakładające eliminację najtańszych i najbardziej energetycznych składników musi podnieść koszty:)

      Ale spójrz na to z innej strony, eliminujesz nienaturalne elementy ze swojej diety, Twój organizm musi się jakoś odwdzięczyć:)

      Pozdrawiam,

  5. Adam 1 września 2011 at 11:21 #

    Gratuluję! Mam spore wątpliwości co do wycofania na stałe „mleka, masła i serów itp”, jeśli masz na myśli również przetwory mleczne. Ten serek wiejski to chyba trochę za mało na pokrycie zapotrzebowania na wapń. Poza tym masę miałeś już na starcie idealną, więc tym bardziej takich ryzykownych kroków chyba nie musisz podejmować. Takie są moje odczucia ale specjalistą dietetykiem nie jestem. Pozdrawiam.

    • Jakub Ujejski 1 września 2011 at 11:48 #

      Wapń jest nie tylko w wyrobach mlecznych. Szpinak, orzechy, migdały, jaja, fasola szparagowa, też są źródłem wapnia. Zawsze też można się wspomóc suplementami.

      • Adam 1 września 2011 at 11:59 #

        Oczywiście, że tak. Niech tylko pamiętają o tym Ci, którzy będą chcieli się wzorować.

  6. Łukasz 1 września 2011 at 14:52 #

    Na początek-gratulacje.
    Efekty nie są powalające-jednak są współmierne do włożonego wysiłku i co najważniejsze-zmiana sposobu żywienia nie była katorgą,a przyniosła poprawę nastroju.

    Nie bardzo mogę ogarnąć jedną rzecz-wymienił Pan produkty,z których zrezygnował- a więc jakie były te produkty węglowodanowe o niskim IG,które Pan zostawił?

    Przyznam,że po przeczytaniu pierwszego wpisu o Slow Carb,zainteresowałem się Timem Ferrisem i ściągnąłem „4hour body”. Tak jak przypuszczałem- świetny z niego biznesmen ;) Trzeba mieć tupet żeby żądać pieniądze za wygooglowanie różnych informacji/wiedzy i podpisać to swoim nazwiskiem ;]
    Nie mniej jednak książka bardzo merytoryczna i zgadzam się z Marcinem- przy takiej wadze i wzroście musi wyglądać Pan jak wieszak,więc pora zbudować trochę mięcha :)

  7. sebastiankotow 1 września 2011 at 17:19 #

    Hej,

    Z tego co przeczytałem w książce on używa jeszcze zestawu suplementów nazywanego w skórcie AAG i PAAG przed snem. Uzywałeś ? Czy celeowo pominąłeś ?

    Ps. Gratuluje wytrwałośći :-)
    SK

  8. Jacek Synowiec 2 września 2011 at 20:03 #

    Szkoda, że wcześniej nie pisałeś codziennie, menu, co jadłeś w danym dniu + zdjęcie posiłku.

    To dopiero byłaby atrakcja dla czytających ten blog :)

  9. Michal 5 września 2011 at 08:06 #

    Takie skojarzenie:
    Była sobie para z 60-letnim stażem małżeńskim. Nie byli bogaci, ale dawali sobie radę, ostrożnie gospodarując pieniędzmi. Mieli po 85 lat, ale byli dobrego zdrowia, głównie dzięki żonie, która przez ostatnią dekadę kładła wielki nacisk na zdrowe jedzenie i ćwiczenia. Z pewnością żyliby jeszcze długo, jednak podczas podróży rozbił się ich samolot. Tak więc trafili do nieba. Stanęli przed niebiańskimi wrotami, a św. Piotr wprowadził ich do wewnątrz. Zabrał ich do pięknego dworku, umeblowanego w złoto i jedwabie, z pięknie wyposażoną kuchnią i wodospadem w głównej łazience. Zobaczyli służącą, wieszającą ich ulubione ubrania w szafie. Westchnęli oszołomieni, gdy Piotr powiedział:
    - Witamy w niebie. To będzie teraz wasz dom. Staruszek zapytał Piotra, ile to wszystko będzie kosztować.
    - Ależ, nic – odpowiedział Piotr – Pamiętajcie, to nagroda, którą otrzymujecie w niebie za wasze życie na ziemi.
    Staruszek wyjrzał przez okno i zobaczył wielkie pole golfowe, wspanialsze niż jakiekolwiek na ziemi.
    - A jakie tam są opłaty? – mruknął.
    - To jest niebo – odpowiedział św. Piotr. – Tu możesz grać codziennie, za darmo.
    Potem udali się do klubu i zobaczyli obficie zastawiony stół, z każdą kuchnią, jaką sobie można wymarzyć. Staruszek patrzył na owoce morza, steki, egzotyczne desery i przeróżne rodzaje napojów.
    - Nawet nie pytaj – św. Piotr uprzedził staruszka. – To jest niebo, to wszystko jest za darmo dla was, cieszcie się.
    Staruszek rozejrzał się wokół i nerwowo spojrzał na żonę.
    - Dobrze, a gdzie są niskotłuszczowe, niskocholesterolowe potrawy i bezkofeinowa kawa? – zapytał.
    - To jest najlepsza część. – odpowiedział św. Piotr. – Możecie jeść i pić ile chcecie i nigdy nie będziecie grubi ani chorzy. To jest niebo!
    Staruszek wciąż nie dowierzał.
    - Żadnej gimnastyki, aby to zgubić? – zapytał
    - Nie, chyba że chcecie – odpowiedział Piotr.
    - Nie ma badania poziomu cukru ani ciśnienia krwi ani…
    - Już nigdy. Wszystko co tu robicie ma wam sprawiać radość. Staruszek spojrzał na żonę i powiedział:
    - Ty i te twoje pier****ne otrębowe płatki! A mogliśmy tu być już dziesięć lat temu!

  10. Robert 7 września 2011 at 19:43 #

    Hej,

    Tak się ostatnio wszyscy rozpisują o tej diecie, że sam postanowiłem spróbować.

    Jednak podobnie jak ty jestem szczupły więc nie przestrzegam jej w 100%. Oczywiście staram się nie jeść produktów „zakazanych” i jeść więcej tych „dobrych”, jednak czasami po prostu jak jestem głodny to bez problemów pozwalam sobie np. na drożdżówkę jeżeli nie mam możliwości zjedzenia czegoś innego i nawet z takim podejściem moje samopoczucie jest diametralnie lepsze niż przy moich starych nawykach żywieniowych.

    Uważam zatem, że każdy powinien spróbować.

  11. lukasz 11 września 2011 at 09:36 #

    Wydaje mi się że waga 66,5 przy takim wzroście to jest to jakieś nieporozumienie. Wiem co mówie bo ważyłem tyle 6 lat temu ( przy wzroście 183). Teraz przy wzroście 183 ważę 80kg i w żadnym miejscu nie jestem gruby. regularny trening 3-4 razy w tygodniu pozwala mi zjadać co chcę i gdzie chcę przy 0 przyroście masy tłuszczowej

  12. ftns 26 września 2011 at 21:44 #

    Wraz z końcem sierpnia u mnie również wyzwanie dobiegło końca.

    Gratuluje Tobie, i podziele się w kilku słowach własnym podsumowaniem.

    Najbardziej upierdliwym ograniczeniem był brak owoców, do których jestem bardzo przyzwyczajony. Brak jogurtów, brak soków.

    Jedzenie posiłków, eksperymentowanie przy ich tworzeniu, całkiem zgrabnie rozwinęło się w przeciągu tygodnia. Mięso gotowane nigdy nie było tak dobre, i co więcej nigdy lepiej nie wyglądało.
    Zakochałem sie w duszeniu mięsa ; )

    Zastosowałem ciemny makaron i ryż razowy. Po miesiącu, kiedy to powróciłem do tradycyjnych białych odpowiedników, powiedziałem „nigdy więcej!”, i tak oto kupuje tylko razowe, pełnoziarniste odpowiedniki.

    Warzywa od dawna widniały w jadłospisie. Natomiast ciekawie było zjeść obiad składający się tylko z warzyw.

    Jadałem razowy chleb ze słonecznikiem, grachamy.

    Raz przy okazji spotkania ze znajomymi, zakupiłem ulubiony koktajl owocowy. Jedyna skucha miesiąca.

    Aa.. U mnie niedziela była dniem wolnym od ograniczeń. Faktycznie, również odczułem odrobinę niechęci do słodyczy. Było to do przewidzenia. Od kilku lat pijam herbatę bez cukru, i nie wyobrażam sobie słodzenie. Podobnie z sokami, wyłączając grejfrut ; )

    Z obserwacji, spostrzeżeń..: lepsze samopoczucie.
    Dochodzi do tego satysfakcja : ) i co dla mnie ważne, najlepsze z tej diety- brak bólu głowy.

    Od kilku lat, może będzie już 10, miewam dosyć częste bóle głowy. Raz w tygodniu to standard. Przy czym nie zaliczałbym ich do bolesnych, bardziej męczący, upierdliwy ból częściowy.
    Podczas diety ani razu nie miałem bólu głowy!
    Stawiam na dużą ilość wody dostarczonej organizmowi, około 3 litry dziennie.

    Nie schudłem.. nie mam z czego ; )

    Dzięki za ciekawą propozycje wyzwania : )

    Pozdrawiam, Emanuel

    • Jakub Ujejski 27 września 2011 at 11:41 #

      Gratuluję i dzięki, że się podzieliłeś swoimi doświadczeniami.

  13. Marcin 19 listopada 2011 at 21:44 #

    gratuluje wytrwania, ale chciałbym się zapytać o dość nieprzyjemny aspekt diety o którym czytałem w książce, czyli ewentualne gazy po takiej ilości warzyw strączkowych i wzdymających, oraz czy po takim jedzeniu i piciu wody nie miałeś problemów żołądkowych?

    Pozdrawiam

    • Jakub Ujejski 20 listopada 2011 at 10:45 #

      Bywało różnie. Nie wiem od czego to konkretnie zależy, ale nie zawsze miałem efekty uboczne. Natomiast jeżeli chodzi o picie wody, to można powiedzieć, że jestem uzależniony. Z trudem mija mi dzień bez 1,5l butelki :) Po wodzie nie ma żadnych efektów ubocznych – przynajmniej ja nie mam.

  14. herakles 15 grudnia 2011 at 03:11 #

    Jestem przeciwnikiem każdej diety. Wystarczy ŚWIADOME odżywanie + odrobina ruchu i dieta staje się zbędna.

    Męczenie i głodzenie się uważam za głupotę. I piszę to ja, z mocną nadwagą, który przez ostatnie kilka miesięcy takim prostym sposobem zrzucił ponad 10kg. Jeszcze tylko 20 ;)

    Pozdrawiam! W prostocie siła.

  15. Marcin 15 grudnia 2011 at 09:59 #

    @herakles, chyba w diecie właśnie chodzi o świadome odżywianie, nikt nie mówi tu o diecie w rozumieniu głodzenia się, teraz jestem akurat na diecie na masę i bynajmniej nie ma to nic wspólnego z głodzeniem. W moim przypadku chcę przytyć 6-8 kg w mięśniach a nie tylko przybrać na wadze i dlatego stosuję dietę i ćwiczenia.
    Poza tym, po pewnym czasie dieta staje się nawykiem, teraz jak jem ciastko z kremem to jest tłuste i przesłodzone, wolę banana.

  16. Dominik 26 stycznia 2012 at 07:46 #

    Wiem, wiem, że na pewno nasłuchałeś się wielu rad i krytyki już, ale nie mogę się powstrzymać przed dorzuceniem swoich 3 groszy :)
    A mianowicie: nie rezygnuj z masła! A szczególnie dobrego masła (przynajmniej 82% tłuszczu mlecznego). Doskonałe źródło witamin, energii, nasyconego tłuszczu (który wbrew plotkom jest zdrowy). Nie reprezentuje żadnego przemysłu maślarskiego, po prostu sam naczytałem się już sporo w poszukiwaniu własnej, idealnej diety :)
    Pozdrawiam!


Dodaj komentarz